niedziela, 27 maja 2018

Wiosna 2018

     Tegoroczny urlop zaplanowałem na okres od 11 kwietnia aż do 4 maja. Miałem wielkie nadzieje, że słoneczna pogoda i wysokie temperatury, które były prognozowane przed moim przyjazdem do Polski, pozwolą spędzić wspaniałe chwile na zasiadkach.
     Rytualnie mój pobyt rozpoczął się od zrobienia kulek proteinowych, w dwóch seriach: słodkiej o zapachu scopex i śmierdzącej - typowo rybnej. Pierwszy wypad spędziłem wspólnie z Dawidem na moim ulubionym dzikim stawie w okolicy. Na tę zasiadkę udałem się z nastawieniem na znalezienie odpowiednich miejscówek do późniejszego wędkowania. Tak też się stało i zjechaliśmy z tej sesji bez brania... Woda w stawie mocno się zmieniła, a mianowicie z czystej klarownej jak do tej pory, zrobiła się mętna. Rośliny po zimie zgniły i opadły na dno. Z całą pewnością to miało wpływ na zmętnienie wody. Zaznaczyłem sobie dwa punkty na stawie i rozpocząłem ich nęcenie.
    Celem mojego drugiego wypadu padło małe łowisko w sąsiedniej okolicy. Tamtego roku uzyskałem tam dobre rezultaty. Dlatego też miałem nadzieję, że właśnie tam otworzy się worek z karpiami :) Wędkowanie rozpocząłem wieczorem i miałem zakończyć je popołudniu następnego dnia. Noc nie przyniosła mi brania. Rano postanowiłem pokombinować i zmienić taktykę. Po dosłownie 5 minutach od przewiezienia zestawu nastąpiło branie i tak właśnie udało mi się złowić pierwszego karpia sezonu 2018 :) Może nie była to bestia, ale cieszył niezmiernie.



Po ponownym wywiezieniu zestawu w kilka minut miałem kolejne branie z tego samego miejsca. Tym razem był to dorodny karaś :) Była to ostatnia ryba tej wyprawy i tym właśnie wynikiem zakończyłem tę krótką przygodę.

 
 
    Po kilkudniowym nęceniu miejsc na dzikim stawie, wspólnie z Kasią postanowiliśmy jechać tam na nockę. Po przyjeździe na miejsce wywieźliśmy zestawy w wybrane miejsca, rozłożyliśmy biwak i rozpaliliśmy naszego pierwszego, wspólnego grilla w tym roku :)
    Dochodziła 20:00 i zaczynało robić się już ciemno. Nagle odezwała się jedna z wędek... swinger energicznie podnosił się i opadał. Złapałem za kij i rozpocząłem hol. Kiedy ryba bez większych oporów znalazła się blisko brzegu, wówczas dała pokaz swojej siły!!! Po kilkukrotnych odjazdach wreszcie zdobycz wpadła do siatki podbieraka i okazało się że to amur :) Mój pierwszy tak duży okaz, który ważył 10.5 kilograma.



    Po szybkim wypuszczeniu ryby z powrotem, równie szybko wywiozłem zestaw w szczęśliwe miejsce. Tego wieczoru towarzyszył nam nowo poznany kolega Szczepan, który również jest zapalonym karpiarzem. Rozmów i dyskusji było co nie miara, a efektem tego było to, że dopiero około pierwszej w nocy położyliśmy się spać. O 5:00 nad ranem miałem kolejne branie, tym razem typowo karpiowe z mocnym odjazdem! Ryba niczym lokomotywa pędziła na środek stawu i tam po krótkim holu spięła się - trudno, tak czasem bywa... Pomimo spinki zasiadka bardzo udana. Jeszcze nigdy nie miałem dwóch brań w przeciągu jednej nocy na tym łowisku. Napawało to niewątpliwie optymizmem przed kolejnymi wyjazdami...
    

niedziela, 25 lutego 2018

Wakacyjne ostatki

    Naszą ostatnią kilkudniową zasiadkę planowaliśmy spędzić na łowisku Dzierżno Duże, czyli na największym zbiorniku "no kill" w Polsce. Chcieliśmy spędzić tam trzy noce z nastawieniem na rozpoznanie wody. Kiedy już dotarliśmy na miejsce okazało się, że nie jesteśmy w stanie dojechać do jeziora. Leśna droga była w strasznym stanie-głębokie koleiny, błoto i zalegająca woda po kilkudniowych opadach spowodowała, że zawróciliśmy...
     Na nasze szczęście Kędzierzyn-Koźle był nieopodal, więc postanowiliśmy połowić na Dębowej. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zabraliśmy ze sobą lornetki i udaliśmy się na pomost poobserwować, co dzieje się na wodzie. Już na samym początku dostrzegłem spław karpia w pewnej części zbiornika. Tuż po chwili kolejna ryba dała o sobie znać w tamtym miejscu. Stanowiska wokół były wolne, więc udaliśmy się w tamtym kierunku.



       Zbliżał się wieczór, więc  od razu zabraliśmy się za stawianie biwaku. Kiedy wywoziliśmy zestawy było już niemalże ciemno. Zrobiliśmy to na szybko, sondując miejsce od razu z wędką na pontonie. Znalazłem dwa ciekawe miejsca: w jednym z nich łowiłem na proteinę, w drugim na kukurydzę. Tomasz obławiał rów, który znajdował się blisko brzegu. Jeden zestaw uzbroił w kulkę, a drugi w orzecha tygrysiego.
      Już pierwszej nocy Tomasz zaliczył branie! Udało mu się wyholować małego karpia pełnołuskiego. Ryba miała na oko dwa kilogramy.


     Rankiem obudziło mnie kolejne branie u Tomasza! Wybiegłem do niego, a kilka minut później na macie leżał piękny 9 kilogramowy lampas. 
    






      Za dnia poprzewoziliśmy zestawy, lecz w blasku słońca kompletnie nic się nie działo. Czekaliśmy na zapadnięcie zmroku z nadzieją na odjazd. Właśnie ta noc dała Tomaszowi kolejnego karpia o wadze 8.5 kilograma. 


  

     Przedostatni dzień zasiadki i branie! Około 17:00 potężny odjazd na jednej z wędek. Rybę udało się wyholować, ważyła dokładnie tyle samo co poprzednia :) Cóż za zasiadka !!!







    Była to ostatnia ryba naszej wyprawy, niestety mnie nie udało się zrobić brania. Natomiast Tomasz z pewnością zapamięta ten wyjazd jako jeden z lepszych. Dobiegła końca nasza tegoroczna przygoda z przepięknym zbiornikiem jakim nie wątpliwie jest Dębowa. Przeglądając wpisy z licencji, łatwo policzyłem że spędziliśmy tu 18 nocy w tym sezonie. Wydaję się sporo, a jednak ciągle nam mało... :) 






czwartek, 15 lutego 2018

Osiem dni wakacyjnego szczęścia !

     Nadszedł czas na najdłuższą zasiadkę w roku. Wyjazd zaplanowaliśmy od 8 do 16 sierpnia-tradycyjnie na zbiorniku Dębowa. W drogę wyruszyliśmy stosunkowo późno i finalnie równie późno dotarliśmy na miejsce, bo około godziny 17:00. Wspólnie z Kasią i Tomaszem wybraliśmy miejsce do wędkowania. Było to dokładnie to samo stanowisko, gdzie w 2015 roku stawialiśmy swoje pierwsze kroki na tej wodzie. Po zwiezieniu ekwipunku na miejsce, zaczęliśmy od rozkładania biwaku. Znamy z autopsji czas jaki należy poświecić na organizację, szczególnie kiedy trzeba się przygotować na tak długi pobyt nad wodą. A mieliśmy nie wiele czasu do zmroku...



    Zbliżał się już wieczór i wspólnie doszliśmy do wniosku że sondowanie i stawianie markerów zostawimy na kolejny dzień. Przy pomocy łódki zanętowej wywieźliśmy zestawy po prostu przed siebie, przy czym ostatni wpadł do wody około godziny 21:00. Wykończeni podróżą i rozstawianiem biwaku w wysokiej temperaturze położyliśmy się spać.
     Już pierwszej nocy doczekałem się brania. Tuż po czwartej nad ranem rozległ się dźwięk centralki! Wybiegłem z namiotu i złapałem za kij. Od samego początku czułem mocne zrywy ryby. Postanowiłem popłynąć po nią. Wówczas gdy dzieliło mnie jakieś 10 metrów od niej, pokazała na co ją stać. Silne odjazdy przeciągały mnie na pontonie tam i z powrotem. W końcu ryba dała za wygraną i podebrałem ją. Na macie okazało się że to całkiem ładny okaz, ważący 11.8 kilograma!



    Rankiem, kiedy już planowaliśmy wstać z łóżek,moja centralka znów zagrała. Od samego początku holu wiedziałem, że to coś niewielkich rozmiarów, więc dociągnąłem rybę do brzegu. Okazało się, że to zerwany mały karp wplątał się w moją plecionkę. Zaplątany był na tyle mocno, że udało się go podebrać i uwolnić.



    Tego dnia tuż po śniadaniu zabraliśmy się za sondowanie miejsc połowu. Pierwszą z moich miejscówek był blat o głębokości 4,5 metra, na którym postanowiłem łowić na kulki o aromacie banana. Drugi punkt na wodzie znalazł się 20 metrów od wystającej kępy trzcin na środku jeziora. Miejscówka znajdowała się około 220 metrów od brzegu, o głębokości trzech metrów z twardym piaszczystym dnem. Tam właśnie chciałem zapolować na amura. Dlatego łowiłem na kukurydzę, obficie przy tym nęcąc. Tomasz jeden ze swoich markerów umieścił bliżej brzegu na odległości około 60 metrów. Znajdował się tam rów za dużym wypłyceniem i tam za przynętę użył orzechów tygrysich. Drugim zestawem postanowił obłowić przesmyk pomiędzy wyspą a kępą trzcin. Tam na włosie zawisła kulka o aromacie gammarus. Około południa wszystkie wędki mieliśmy już w wodzie i pozostało tylko czekać na branie. Trafiliśmy wówczas na wspaniałą pogodę i mogliśmy odczuć na własnej skórze żar wakacyjnego słońca. Temperatury oscylowały w granicach 35°C. Dzięki nowemu nabytkowi w postaci lodówki na gaz, mogliśmy się rozkoszować zimnym piwkiem i kąpielą w jeziorze. 
     Wieczorem postanowiliśmy nie przewozić zestawów i zrobić to z samego rana następnego dnia. Noc nie przyniosła żadnych efektów. Rankiem zwinęliśmy zestawy i wiedzieliśmy już, że trzeba będzie zmierzyć się z żarłoczną drobnicą, która potrafi oskubać sztuczną kulkę pop-up. Postanowiliśmy więc przewozić zestawy rano i wieczorem. Mój przypon z kukurydzą był tak splątany że nie mogłem sobie dać z nim rady. Zmieniłem więc materiał z miękkiej plecionki na plecionkę w otulinie, aby drobnica nie mogła nim tak pomiatać. Piekielne upały i brak wiatru za dnia nie rokowały dobrze. Podpytywaliśmy sąsiednich wędkarzy, oni również nie mieli kontaktu z rybami. Wieczorem doczekaliśmy się załamania pogody i nawiedziła nas prawdziwa burza-pioruny, mocny deszcz i wiatr który wyrywał śledzie z namiotu i przewracał nasze rodpody. Istne szaleństwo!!!



    Po niecałej godzinie horroru burza w końcu przeszła, a my zabraliśmy się za rozplątywanie wędek i ustawienie zdmuchniętych statywów na nowo. Tej nocy odwiedziła nas jeszcze jedna burza, lecz na szczęście lżejsza i nie narobiła żadnych szkód. 
    Drugiego dnia po przewiezieniu zestawów, doczekałem się brania z wędki na kulkę proteinową. Wydawało mi się że może to być duża sztuka i wypłynąłem po nią. Okazało się jednak, że był to mały szczupak, który przypadkiem zahaczył się za grzbiet. 
    Tego dnia dojechali do nas Magda z Dawidem na weekend. Z racji niewystarczającej ilości miejsca na pomoście dla kolejnej osoby, Dawid łowił na małej odnodze jeziora po drugiej stronie cyplu. W tym miejscu dookoła brzegów występował dziesięciometrowy pas lilii wodnych, więc hol mógł odbyć się tylko i wyłącznie z pontonu. Wspólnie znaleźliśmy ciekawe miejsca do położenia zestawów. W łowisku występowała gruba warstwa mułu, wiec zestawy wylądowały na nieco twardszym dnie, tuż pod kapelonami-jeden po lewej stronie łowiska z kukurydzą na włosie, drugi uzbrojony w kulkę bananową podbitą pop-upem na wprost przy dużej kępie roślin. Wieczorem rozpaliliśmy grilla i zaprosiliśmy sąsiadów ze stanowiska obok. Czas mijał w bardzo radosnej atmosferze. Wspólnie wymienialiśmy się wędkarskimi spostrzeżeniami i opowieściami. Wybiła godzina 22:30 a razem z nią branie na jednaj z wędek u Dawida. Szybko wystartowaliśmy do jego stanowiska. Dawid złapał za kij, ja w tym momencie ustawiłem ponton by wspólnie do niego wskoczyć i wypłynąć po zdobycz. Po kilku minutowej walce z rybą w ciemnościach, szczęśliwie wylądowała w siatce podbieraka. Na brzegu w świetle latarek karp prezentował się pięknie. Ważył 10.400 kilograma i był wspaniałym otwarciem miejscówki.


 


    Po sesji zdjęciowej rybka wróciła z powrotem do wody, a ja pomogłem Dawidowi wywieźć zestaw ponownie w to samo miejsce. Po całej akcji wróciłem do wspólnej biesiady, natomiast Dawid położył się wcześniej spać. O godzinie 00:30 branie zrywa wszystkich z krzeseł, silny odjazd nastąpił ponownie na tej samej wędce Dawida. W momencie kiedy usiedliśmy w pontonie, przyszła mocna ulewa. Dosłownie w kilkadziesiąt sekund byliśmy cali przemoczeni! Karp nie dawał za wygraną i przeciągał nas w stronę gęstych kapelonów. Dobre 10 minut walki z rybą, aż w końcu poddała się i mogłem ją podebrać. Był to piękny karp i na oko wyglądał na jakieś piętnaście kilogramów! Na brzegu wszyscy czekali na nas pod parasolami z przygotowanym stojakiem do ważenia i matą. Kiedy zawiesiliśmy matę z karpiem na wadze, wskazówka zatrzymała się na liczbie 16 kilogramów - brawo!!!




    Po ponownej wywózce i przebraniu mokrych ciuchów wróciliśmy do rozmów o przygodach z nad wody, których to nasz sąsiad Pan Piotr nie miał końca. Dosłownie po 10 minutach od położenia zestawu nastąpiło kolejne branie na tej samej wędce Dawida. Wiedzieliśmy już co robić, więc w mgnieniu oka byliśmy na wodzie z rybą w podbieraku. Tym razem był to mniejszy karp o wadze 9.4 kilograma. Jak się okazało była to ostatnia ryba tej nocy.




     Kolejny dzień zaczął się słonecznie, a w powietrzu czuć było rześkość nocnej ulewy. Kilka minut po szesnastej Dawid notuje branie, tym razem na wędce z kukurydzą. Wspólnie z Tomaszem wygrali walkę w kapelonach i podebrali karpia, który ważył 7.4 kilograma.




    Kolejnej nocy, kilka minut po pierwszej obudził mnie dźwięk centralki Dawida z jego namiotu. Ruszyłem mu z pomocą. Udało nam się wrócić z rybą na brzeg, co prawda nie była wielkich rozmiarów. Mimo wagi około 1.5 kilograma również nas ucieszyła. To był znak że ryba żeruje, a nasze przynęty działają!





    Standardowo zestaw poleciał ponownie do wody, a my do łóżek. Po godzinie od poprzedniej ryby następne branie z tego miejsca. W efekcie na macie ląduje kolejny karp o wadze 7.4 kilograma. 


   

     Była to ostatnia ryba z tego miejsca. W niedziele Magda i Dawid musieli się spakować i wrócić do domu. Z pewnością ten wyjazd pozostanie w ich pamięci na długo. Dwie noce i aż sześć ryb, to zdecydowanie rewelacyjny wynik!
    Kolejne dni nie przynosiły nam żadnych efektów, Wspólnie z Tomaszem kombinowaliśmy z przynętami i zestawami. Ja zmieniłem jedną ze swoich miejscówek i przeniosłem marker w inne miejsce. 
    Dopiero we wtorek o trzeciej nad ranem Tomasz zrobił swoje pierwsze branie tego wyjazdu. Wspólnie popłynęliśmy po rybę i szczęśliwie udało nam się z nią wrócić na brzeg. Karp ważył 9.2 kilograma i podniósł morale Tomasza.



    Również i mnie ten dzień przyniósł szczęście, dokładnie z nowo wyznaczonej miejscówki! Nie był to kolos, lecz po pięciu dniach bez ryby naprawdę bardzo mnie cieszył. Bączek ważył około pięciu kilogramów.



    Jak się okazało, była to ostatnia ryba naszej zasiadki. Mimo tego szczęśliwi i wypoczęci zakończyliśmy tą przygodę. Spędziliśmy całe osiem dni na łonie natury, które pozwoliło naładować nasze baterie...

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Smak wakacji

    W sierpniu do naszego grona dołączył Tomasz, który również przyjechał na urlop. Pierwszy weekend zaplanowaliśmy na wspólne wędkowanie. Zasiadkę spędziliśmy na łowisku Dzika woda. Na miejscu zameldowaliśmy się w niedziele przed południem i chcieliśmy zostać do poniedziałku. Rozpoczęliśmy od sondowania i wywiezienia zestawów, co poszło nam bardzo sprawnie, ponieważ znamy to łowisko. Resztę tego słonecznego dnia spędziliśmy grillując i popijając piwo.
    Wieczorem pierwsze branie zaliczył Tomasz. Udało mu się przechytrzyć pięknego karpia o wadze jedenastu kilogramów. To był iście wymarzony początek urlopu dla niego.




W nocy tym razem odezwała się jedna z moich wędek. Zdobyczą okazał się dorodny jesiotr.




Tuż po moim braniu, Tomasz zaliczył odjazd z tego samego miejsca co poprzednio. Był to kolejny, piękny około dziesięciokilogramowy karp.




Wynikiem trzech pięknych i walecznych ryb zakończyliśmy pierwszą, wspólną wakacyjną zasiadkę. Zaczęliśmy już wtedy planować kolejny wyjazd. Nad nasze ulubione łowisko Dębowa, gdzie zakładaliśmy spędzić minimum tydzień... 


sobota, 16 grudnia 2017

Wakacje 2017 cd.

     Łowisko w sąsiedniej miejscowości w tym okresie odwiedziłem jeszcze dwa razy. Na przedostatni wyjazd wybrałem się razem z kuzynem Dawidem. Spędziliśmy tam szybką nockę, odnotowując dwa brania. Pierwszy odjazd nastąpił w środku nocy ze środka stawu. Ryba zakopała się w roślinach i musiałem po nią wypłynąć. Kiedy walka trwała w najlepsze,, odezwał się drugi kij... Dawid zajął się wędką, lecz po chwili przypon strzałowy został przetarty na podwodnej zawadzie. Mnie udało się wygrać walkę z rybą i gęstą roślinnością. Rano zważyliśmy zdobycz i zrobiliśmy zdjęcia. Karp ważył 9.6 kilograma.




    Ostatni wyjazd wędkowałem samotnie. Udało mi się przechytrzyć tylko jedną rybę, która miała około pięciu kilogramów. Łącznie byłem tam cztery razy i nigdy nie wróciłem o kiju. Cieszy mnie to, że w bardzo bliskiej odległości od domu mam ciekawą wodę, która obdarowała mnie kilkoma, pięknymi rybami. Nieuniknionym stał się fakt, że przeprowadzę tam zorganizowany szturm przyszłej wiosny.

niedziela, 10 grudnia 2017

Kolejne wakacyjne zasiadki

       Moje kolejne wyprawy wędkarskie w okresie letnim, opierały się głównie na szybkich nockach. Nowo odkryta woda bardzo mnie zaciekawiła i właśnie tam spędziłem kilka sesji.




      Drugi wyjazd spędziłem w towarzystwie mojego kuzyna Dawida. Na łowisko dojechaliśmy późnym popołudniem. Niestety stanowisko, w którym łowiłem ostatnim razem było już zajęte. Wybraliśmy więc inny brzeg z dostępem do tych miejscówek, gdzie miałem brania. Dosyć sprawnie poszło mi odnalezienie szczęśliwych punktów na wodzie. Postanowiłem zastosować taktykę, która sprawdziła mi się za pierwszym razem. Udało mi się przed zmrokiem wywieść wszystkie zestawy i przygotować obóz. Wieczorem rozpaliliśmy grilla i spędziliśmy miło czas, popijając chłodne piwko.
     W środku nocy obudził nas sygnalizator. Branie nastąpiło ze środka stawu. Udało się wyholować rybę i był to niedużych rozmiarów karp, na moje oko ważący około cztery kilogramy. Włożyliśmy go do worka by o świcie zrobić kilka ładnych zdjęć. Tuż przed szóstą rano kolejne branie stawia nas na nogi. Miejscem odjazdu był zestaw położony pod drzewem, tam skąd wziął piękny karp koi.
Ten hol był już zupełnie inny. Czułem, że mam do czynienia ze znacznie większym przeciwnikiem. Pod brzegiem ukazał nam się pokaźnych rozmiarów karp, który dał popis swojej siły! Po kilku odjazdach Dawid podebrał rybę - jest nasza !!! Położyliśmy ją na matę i na pierwszy rzut oka  zapachniało mi nowym rekordem życiowym. Waga potwierdziła moje przypuszczenia i wskazała wartość 14.700 !!! Wspaniały wynik :)









 Pierwszy karp z nocy był o wiele mniejszy, ale również cieszył.




     Tuż po sesji zdjęciowej zakończyliśmy zasiadkę, która okazała się miłą niespodzianką. Ciekawe jakie jeszcze skarby kryje w sobie ta woda... 

wtorek, 28 listopada 2017

Rozpoczęcie wakacji 2017

     Jako cel pierwszych zasiadek tego urlopu wybrałem małe, kameralne, prywatne łowisko w sąsiedniej miejscowości. Jest to około dwuhektarowa, bardzo stara żwirownia. Właściciel zarybia ją co jakiś czas karpiem, a polityka tego łowiska opiera się na zasadzie złów i zjedz...


    Wspólnie z Kasią zaplanowaliśmy wyjazd od niedzielnego przedpołudnia do poniedziałkowego poranka. Kiedy dotarliśmy już na miejsce, naszym pierwszym ruchem była obserwacja wody. Już w pierwszej chwili dostrzegliśmy ławice karpi, które kręciły się wokół kępy roślin. Wiedziałem wtedy, gdzie prawdopodobnie położę jeden ze swoich zestawów. W pierwszej kolejności zająłem się sondowaniem dna i rozłożeniem wędek. Staw był mocno zarośnięty, a na dnie występował gruby osad miękkiego mułu. Na środku zbiornika udało mi się znaleźć twardą górkę z dwumetrową głębokością. Kolejny zestaw ulokowałem pod sąsiednim brzegiem. Wystukałem tam twardy blacik o niewielkich rozmiarach, idealny pod punktowe nęcenie. Trzeci zestaw postawiłem w miejscu, gdzie widzieliśmy ławicę ryb.Tego dnia byłem jedynym wędkującym i mogłem pozwolić sobie na obłowienie niemal całego zbiornika. Podzieliłem go na trzy części, by w każdej z nich leżał zestaw.
     Przynęty których użyłem to kulki i kukurydza. Po lewej stronie pod brzegiem leżał zestaw z kulką bananową, na środku z kulką o aromacie kryla, natomiast po prawej - trzy ziarna kukurydzy. Nie przesadzałem z nęceniem. Na każdą miejscówkę wsypałem dosłownie dwie garści mieszanki pokruszonych kulek i pelletu.
     Pogoda nam dopisała, było słonecznie i ciepło, jednak cały dzień przesiedzieliśmy bez brania. Naszą uwagę przykuwały wygrzewające się w słońcu karpie i amury. Było ich na prawdę sporo! Wśród nich pływał biały karp koi, jego kolor był tak nietypowy, że nie sposób było go nie zauważyć...
     Późnym wieczorem położyliśmy się spać. Około drugiej w nocy doczekaliśmy się pierwszego brania. Mocny odjazd z lewej wędki wyrwał nas ze snu. Hol nie należał do spektakularnych, więc nie liczyłem na dużą rybę. Kiedy pod brzegiem zobaczyłem po raz pierwszy zdobycz, nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Był to ten karp koi, którego obserwowaliśmy za dnia. Ryba wyglądała na około sześć kilogramów, a jej białe łuski i wielki pomarańczowy łeb wprawiał nas w osłupienie. Włożyłem ją do worka, by móc zrobić sobie ładne zdjęcia za dnia z tak nietypowym okazem.




     Nad ranem kiedy już świtało, miałem kolejne branie. Tym razem ze środka stawu. Ryba podobnych rozmiarów o pięknym układzie łusek.


Po wypuszczeniu karpia wywiozłem zestaw ponownie i po dwóch godzinach miałem kolejne branie z tego samego miejsca. Ryba niestety zaparkowała w roślinach tuż przy brzegu i spieła się.
     Przed południem byliśmy już spakowani i zakończyliśmy sesję. Zasiadka okazała się wielką niespodzianką. Byłem pod wielkim wrażeniem wypracowanych efektów...